piątek, 12 września 2014
czwartunio
Czwartunio z definicji dniem miał być ciekawym. Choćby dlatego, że alimenty mi wpłynęły, nareszcie swoje opary w baku dokarmiłam. Ale to później.
Najpierw - wzięłam małą ze szkoły, lekcje porobiłyśmy
bolało
muszę coś z tym moim kartoflem począć, bo odrabianie razem lekcji pogłebia tylko kolorystykę moich odrostów :P
Ok, do 16 jakoś coś - mnie z nerwów dopadła kurwingoza i nareszcie choć trochę swą znienawidzoną łazienkę ogarnęłam. Nienawiść jest głównie do kafelków, więc nie zniknęła, ale choć wiem, ile mam fluidów i gdzie w tym domu mam cienie. A nie, to ostatnio pozostaje niewyjaśnioną zagadką. Łotewer
Na 16 byłyśmy umówione z księciem, w moim domu kultury dni otwarte były. Poszliśmy, plastyka - pani nie było, ma wystawę zagraniczną, ale nie szkodzi, na plastykę dziecię ma chodzić, bo po dziadku via mamunia ma dryg w paluszkach. Ale - zajęcia z - to chyba tak się nazywało - animacji komputerowej. Ze się filmiki kręci, na wejście mała nakręciła jak to rybka płynie, spotyka drugą rybkę (mła cięła, jak już narysowała ;-)) bąbelki szczęścia lecą i rybki odpływają płetwa w płetwę w dal. Bliżej nieokreśloną dal ;-))) Miałyśmy z małą fuksa, bo jak przyszłyśmy, to była tylko prowadząca i tak pięknie było, komfortowo dla małej, że uwaga była skupiona na niej, sama wszystko zrobiła - i zassała. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że zajęcia prowadzi córka Ernesta Brylla ;-)
więc decyzja - chodzi na zajęcia plastyczne i na to :)
Poniedziałki i środy mam ogarnięte, piątki mała ma mieć wolne, wtorki czwartki gruby ją na angielski prowadza. W weekendy na konie :)
Małą oddałam w ręce tatunia a sama poleciałam szaleć w łazience. Przez godzinę. Potem skok w auto i lecę dokończyć dzieła zamawiania sali na małej komunię. Bardzo fajna babeczka dyskutuje z grubym, łapy muszę se w gębę wpychać, żeby przetrzymać jego targowanie się, no ale nie kopię go, w końcu to tez moja korzyść :P Przy płaceniu gruby kładzie przede mną 150 zeta i tym samym ustalamy płacenie zaliczki pa pałom. Ok. Na całość zaliczki też byłam przygotowana (w końcu alimenty wpłynęły, nie ;-)) :P
i z knajpy lecę sobie - ostatnie chwile na oparach - do reala. Tam po zatankowaniu idę w regały, dokupuję sobie jakieś kosmetyki (w końcu alimenty ...) oraz kupuję po 12.99 słownik polsko-angielski, fajny , gruby, przekonujący (może dlatego gruby bywa taki przekonujący??? :P) oraz słownik wyrazów obcych i takich tam. Ktosiek tylko kwilnął (jak mu przez tel powiedziałam), że przecież to wszystko jest w necie. Nie interesuje mnie, mała ma z książek też umieć korzystać :P
lecę w podskokach do domu, bo już małą muszę odbierać, po czym - dzwonię do panów od najmu, czemu pieniędzy za najem nie wpłacili. A bo przecież pani mówiła, że na koniec się mamy rozliczyć. Nosz kurwa, kurwa, kurwa. Cały czas se tak panicze pogrywają. Ktosiek był przy rozmowie, potwierdził, że nie tak to było ustalane.
Dobrze, że alimenty wpłynęły :P
No,a dziś ogarnęłam, potem może towarzystwo wyciągnę na Stare Miasto, a potem .. nie wiem...
Mirabelki ponoć gdzieniebądź na mnie czekają i na bank bidulki już płaczą za mną ...
a w necie kwitnie i się pręży info, że nadal kocham swego ex.... Ciekawam, jakie będą rykoszety. Bo w moich znajomych nazwisko mojego ex widnieje. Nie jeden raz ;-)
hmmmm
to mła, niewyspana, więc nafazowana niczym króliczek duracella na garści viagierkowych pastylek
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ufff dobrze, że alimenty wpłynęły :)
OdpowiedzUsuńTośku, ale jak to jest.. wpis z września , komentarz Luci z grudnia, a przecież mamy dopiero październik?
OdpowiedzUsuń