wtorek, 9 września 2014

gupia ja



   przytłoczona faktem, iż "muszę" zapisać czy może raczej opisać swój pobyt w Paryżu zarzuciłam pisanie na blogu całkiem
   żeby ciągłość opisywania była :P
więc jest ciągłość, jeeest
    tylko nie na moim blogu :P
Chyba jestem swoim największym wrogiem, choć mam świadomość, że utrzymywanie bliższych kontaktów ze mną może też być nieco ..hmm... upierdliwe :P

    I tak mnie od jakiegoś czasu myśl uwiera, że tak dobrze miałam udokumentowany ten czas upierdliwy z grubym, tak całkiem nic nie piszę o moim życiu tu i teraz
   całkiem nic w stosunku do tamtej mej płodności ;)
poza tym - chyba spadła drastycznie moja chęć dzielenia się ze światem moim życiem. Choć w sumie w aktualnym zalewie blogów moje przypadkowe klepnięcia w klawiaturę giną w odmętach.
   Tylko z mojego punktu widzenia ten czas w moim życiu - nie zasługuje na rychły niebyt. Jak powszechnie wiadomo ja pamięć mam - szalenie i wręcz niesamowicie krótką.
   A to tworzenie mnie i mojego świata na nowo, na moich warunkach - powinnam o tym pamiętać KIEDYŚ. O tym, że było ciężko, czasem bardzo ciężko, ale ogarniałam w stopniu o który sama się nie podejrzewałam. Bo nie uwierzyłabym kiedyś, że położę sama panele czy pomaluję - i to fachowo całkiem ;-))) całe swoje kolosalne mieszkanie. Że ogarnę kwestię - umeblowania to pikuś, ale sprzętu całego, z którego nadal i nieustająco jestem zadowolona. A przecież przez tyle lat w kwestiach szczególnie właśnie małego czy dużego AGD byłam całkiem poza decyzyjnością, bo - nie znam się. W dobie internetu nie tylko "znanie się" jest ważne, ale też umiejętność czytania. Ze zrozumieniem. I tu chyba księciunia przerastam, bo ani on się nie zna - bo nie ma tak, że z testosteronem w pakiecie dostają wiedzę o wszystkich potrzebnych sprzętach. Ani czytanie ze zrozumieniem nie ma się u niego szczególne dobrze :P
   Więc - ogarnęłam urządzenie, zasiedlenie mieszkania - ba!! nawet wniosłam te swoje sprzęty niektóre, nic to, że chora byłam masakrycznie. Dałam radę. I kiedy pojawiły się jakieś awarie, kiedy trzeba było hydraulika ogarnąć, znaleźć - ogarnęłam.
    A potem, w ramach wisienki, na dom już niemal umeblowany sprowadziłam KOTA. Coś całkiem poza zasięgiem grubego, bo on stworzenie boże nawet lubi, owczarka moich rodziców wręcz uwielbiał - ale na dystans. Bez codzienności, bez kłaków onego na panelach. Bez konieczności myślenia o kimś. Drugiego samca alfa w domu by nie zniósł. My z kotą, dwie samice beta osiągamy stan wcale niechwiejnej tolerancji i wzajemnego zrozumienia.

   tradycyjnie wpis własnym życiem zyje, ale co ja zrobię, że mnie pisanie myśli porządkuje.
Bo - ogarnęłam. Małą ogarniam dotąd. Zastopowało mnie na ogarnięciu siebie. Nie umiem siebie poskładać od początku. Nie umiem nakłonić się do postawienia kropki nad I w tym domu. Napawam się, że nie muszę? Ale mnie samą chaos tu i tam i ówdzie - męczy. Ogarnięta chałupa napełnia mnie spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Nadal siedzę pod krzakiem i ze wstrzymanym oddechem czekam, czy myśliwy nie wróci i nie wpakuje mnie znów do klatki?
   Żałuję nieznośnej lekkości bytu, kiedy nie myślałam o kasie na rachunki, życie a z wyjazdem był tylko problem, gdzie? Może na razie wystarczy zwiedzania świata, może lepiej, że zdjęć nie oddał i nie mogę obejrzeć jak było w tych wszystkich miejscach, do których w ramach psychicznego przekupstwa mnie zabrał?
    Chyba raczej żałuję, że tak łatwo odpuściłam mu kasę, że w dumie swej, tak przy tym kimś niepotrzebnej ignorowałam, że moje pieniądze były naszymi pieniędzmi, a swoje od lat już dołował w innym banku, tak żebym kwot nie widziała, żebym dostępu nie miała. W przeciwieństwie do tatusia, który na bank w momencie zakładania rachunku upoważnion został. Niech sobie składa te dienki. Jak ładnie mama moja powiedziała - przecenia siłę nabywczą swoich pieniędzy.
   Więc wolę już tak jak mam teraz - oglądać każdą złotówkę z sześciu stron i zastanawiać się, czy kupić papier toaletowy czy chleb. Każda rezygnacja ma swoje plusy, nie kupię papieru - zużyje się gazety, nie kupię chleba - i dobrze, chleb tuczy :P
   I pewnie już dawno odzyskałabym swój spokój ducha, gdyby nie książę w glanach pchający się w moje zycie, pewnie widzący, że niepotrzebny mi do niczego, pewnie usatysfakcjonowany, że wrzodem mi jest na tyłeczku mem ślicznem. Niech się tą rolą napawa, to jego najbliższy kontakt ze mną :P I nic to, że znowu mnie próbuje zastraszyć, nic to, że na bank się szykuje do usrywania mnie po 20 września. Dokopał mu mój półroczny urlop, dokopało mu, że przez ten czas to on coś ode mnie mógł oczekiwać, nie ja od niego. Teraz będzie się mścił za te uczucia, będzie mnie podcinał na każdym kroku. Będzie jazda o upoważnienie na odbieranie małej - na bank. Bo liczy się z tym, że upoważnię jeszcze rodziców małej przyjaciółki. A to by mi życie nadto ułatwiło - tak być nie może. Będzie pewnie jazda o skład gości komunijnych. Mała chciała jego koleżankę, mojego kolegę. Kolezanka, którą z coraz szerszymi oczami obserwuję, na imprezie nie będzie. Nie dostała pozwolenia od pana swego. Oczywistym jest więc, że nawet jak mój Ktosiek przyjdzie, to gruby niezłą jazdę urządzi. A mówiąc niezłą - wiem co mówię. I kolejny paradoks posiadania z nim dziecka - w kwestii komunii bardziej się martwię, jak mi ten ..hmm.. dokopie. Niż kiecką, fryzurą czy czym tam. O samej komunii całkiem myśleć nie jestem w stanie :P

    nie wiem, jak mogę ograniczyć jego wpływ na moje życie ...
to chyba najtrafniejsze podsumowanie dzisiejszej klepaninki ....

7 komentarzy:

  1. Kochana.. wszystko przetrzymasz i wszystko przezwyciężysz, bo masz dla kogo walczyć o siebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Consiu, muszę chyba przemyśleć Twój komentarz ;)

      Usuń
  2. ech..ja wiem, że sie powtarzam..ale ten typ nigdy nie odpuszcza:( mój były też.... robi na złość dla zasady... czuję się bezradna, bo nawet ciążący na nim wyrok za przemoc niewiele go temperuje...
    Pozdrawiam Mari

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mari, mój cfaniutki jest, nie umożliwi mi zebrania jakiś do sądu dowodów. Mało tego, potrafi być milutki, jak mu na czymś zależy czy jak ktoś go obserwuje. Ale wiem, że bydle z niego niezłe. Cóz, po imieniu kwestię nazwałam, wrażliwych mogę przeprosić

      Usuń
    2. jak tak czytam Twój wpis to dziękuję losowi, ze nie miałam z byłym dzieci. Ich brak spowodował, że nie widziałam go jakieś 20 lat. Nie żałuję bo to podobny typ do grubego. A ja na dodatek jestem cholernie pamiętliwa.
      http://blubell.blog.pl/

      Usuń
    3. Ewa :-) Ja mam dziecko, do tego nie umiem małej odciąć od grubego - bo to ojciec. Ktoś ważny dla dziecka. Ale już mam od małej sygnały, że nie jest jej z tatusiem łatwo. Już moja mama przeżywa, że dziecko się jej zwierzyło, że nie może się doczekać, kiedy nareszcie będzie się mogła tatusiowi postawić.

      Usuń
    4. Tośku - u mnie podobnie się robi. Mała co prawda dopiero ma 5 lat, ale już zauważa, że z nim coś nie halo..no ale to ojciec, kocha go.

      Usuń