poniedziałek, 14 kwietnia 2014
dotrzeć do jądra ;P
No Nianię Franię z małą półokiem oglądamy
terapeuta jej kazał dotrzeć do jądra
jej problemów
no terapeuta wie, co mówi, nie?
z tym jądrem znaczy
sęk w tym, że ja o tym jądrze to wiem i bez telewizyjnego terapeuty
dobrze, że to nie była wiedza smsowa, byłaby dość drogą, choć niekoniecznie wartościową wiedzą ;P
nie, ten odcinek zasługiwałby na dość intensywną relację, rozprasza mnie ;)
a kwestia miała być poważna
z tym jądrem
nie, to złe zawiązanie tematu, rozpraszają mnie te klimaty ;P
więc (żeby przejść w rejony mniej męskie ;P)
poza problemem oczywistym (kasa), oraz świeżo oczywistym - praca jądrem moich problemów jest spuścizna postksięciowska
tak mi się wydaje. Bo w sumie ileż można. Trzy i pół roku. Jak w ryj strzelił.
A ja nadal mam ten wrzód na dupie pt gruby.
Fakt, że kontakt mamy częsty, co zdecydowanie utrudnia zamknięcie tematu.
Fakt, że on się pcha z buciorami w moje zycie.
Fakt, że wqrwiam go wytrwale, przez co on wqrwia mnie. Tylko ja wqrwiam go swoim istnieniem, a on wqrwia mnie gadając różne głupoty oraz robiąc mi koło pióra. Taki tam układzik pasywno-aktywny. To się jakoś ładniej mówiło.
Więc - wytrwale psychikę mi depcze. Tylko co tu deptać.
przecież zdeptał, zaorał, nawóz rozrzucił.
Tylko niestety na tyle skutecznie grunt przygotował, że kwitnie ziarenko przez niego posiane.
Chaszcze się rozrosły.
choć część schiz mam już z opanowanych.
ale deburdelizacja .. dramat
Mieszkając z księciem, będąc dwanaście lat z nim (przed ślubem księciu rodzice nie pozwolili zamieszkać ze mną, wprowadził się dopiero po ślubie, więc tylko te 12 lat) sprzątanie znienawidziłam. Dla niego nic nie było ważniejsze od sprzątania. Przez 12 lat nic mnie nie zwalniało z obowiązku utrzymywania mieszkania w stanie laboratorium. Nic. Raz jeden jak byłam w szpitalu to po wyjściu trafiłam do mieszkania teściów. Bo akurat coś tam było wymieniane i trzeba było sprzątnąć. Znaczy chyba okna pomyć? Teściowa zaofiarowała pomoc, no bo ja jakby się nie nadawałam. Pięknie. Ja zaskoczona. A ta tylko okna u swojej matki umyła :-) Księciunio matce przecież nie fuknie (nie w tej sytuacji, bo gębę to oni generalnie na siebie ciągle drą). Pomył okienka sam.
A ja bardzo miło sobie wspominałam uroczy tydzień spędzony częściowo samotnie, częściowo na uroczych konwersacjach z moim - wówczas bardzo lubianym - teściem.
więc - nic nie zwalniało z obowiązku codziennego pląsania wokół księcia z utensyliami do sprzątania. Mogłam mieć 39 stopni gorączki (i miewałam), mogłam zdychać z bólu, łotewer - przecież to tylko kilka ruchów, prawda, posprzątaj. A potem naszykuj obiad, nakarm babcię, proszki dla babci. A potem możemy iść spać. A, tutaj też nie było normalnie, bo książe szybko ujrzał we mnie klasyczną sowę, więc żądał ciszy nocnej o 22. Miałam u jego boku już w spokoju spoczywać. Ale nie o tym. Choć szczerze różne takie świry już pozapominałam, kiedy tak piszę na nowo zaczyna się zastanawiać, jak można być takim idiotą. I czemu ja szybciej się nie ogarnęłam ... Pieprzyć to, żył sobie na tą okazję nie chlasnę ;P
wracając do sprzątania. Bo ten temat uwiera ostatnio bardzo, z różnych przyczyn, również dlatego, że święta ;)
mnożenie przykładów podejścia do sprzątania grubego byłoby chyba próbą usprawiedliwienia przed sobą i ewentualnym czytelnikiem, czemu to taki problem. Bo mnożyć bym mogła ... Dłuuuugo. Kto kiedyś mnie czytał, ten może pamięta.
byłam jakiś czas temu u psychologa. Tak, tak, wracamy do siły fachowej ;-)
Dziewczyna powiedziała mi, że jak się przez jakiś czas regularnie będzie jeść lody malinowe, to potem nawet waniliowe maliną będą trącać. Czy jakoś tak. Pamięć bodźców, czy co tam.
Przez naście lat sprzątanie wykonywałam bezmyślnie i z maestrią oraz z tkwiącą coraz głębiej we mnie nienawiścią. Ta nienawiść to chyba mi kości przeżarła. Pewnie zamiast kości moje ciało trzyma się na nienawiści utwardzonej na kamień.
Niefajna wizja.
I do tego kiedy tylko zaczynam sprzątać bierze mnie telepanie. O ile się w ogóle nakłonię do ruchów ... Dziś się zmusiłam. Telepanie udeptałam. Coś w bólach ogarnęłam.
To nie tak powinno być.
Kiedy wchodzę do nie odburdelizowanego małego mojego mieszkanka szlag mnie trafia ....
porąbane ...
no i mała zabiera mi kompa, nie będzie genialnych podsumowań
chyba lepiej ;)
czwartek, 27 lutego 2014
spontanicznie
zimowiska
w pracy układ fajny, poustalałysmy sobie z dziewczynami terminy i nareszcie odzyskiwałam utracone kilka lat temu wrażenie, że cokolwiek ogarniam.
Gruby poinformowany, normalnie miodzio
po czym gruby wyrolował mnie z pierwszego tygodnia zimowisk i jeszcze zagarnął kawałek urlopu wakacyjnego. No comment.
i opadłam z sił
nawet próbowałam coś szukać, jakieś kwaterki, szmerki, rowerki, ale raz, że w robocie niezłe były jazdy na całkiem inny temat, a w temacie urlopu cały czas słyszałam, że szans na drugi tydzień nie mam, koleżanka - zgodnie z naszymi ustaleniami - wzięła, już opłaciła i już.
i w rozpędzie słyszałam, że może poniedziałek, wtorek dostanę
i w końcu trafił mnie szlag, zapytałam Ktośka, czy ma ochotę jechać do Zakopanego
i jak już się zgodził (a może to było odwrotnie???) zapytałam, czy Sis ma chce mnie widzieć
i .... nie wierzyłam, ale - było fajnie, ciekawie i wreszcie zobaczyłam Kejzi.(mała się dorwała i takie miała spostrzeżenia oraz wrażenia ;-))
w każdym razie - sponton się sprawdził
i nic to, że w czwartek poszłam spać o ... a, wcale, w piątek o 1.30 ;-))
o 5.30 pobudeczka. Ktosiek, wredny brutal wstał, zakrzątnął się po czym mało delikatnie zasugerował, że ja już też powinnam wstać. Bolało
ale chwilę po 6 wyjechaliśmy, dorwałam się ja do kierownicy ;-)
po 8 zatrzymaliśmy się po raz pierwszy, już za W-wą, w McD na kawie i obowiązkowym dla mnie ciasteczku
potem jeszcze jeden postój, ja nie zamierzałam się od kierownicy, bo prowadziło mi się po prostu świetnie :-)
i dojechałam do Krakowa i tam już był buncik, to jest to, czego w trasie się nauczyć muszę - poznawać, kiedy już jestem zmęczona. Koncentracja mi zdechła i mało mi w bok jakieś coś szybkiego nie wjechało. Dobrze, że i tak planowaliśmy postój, jakoś tam ogarnęłam parkowanie i zaczęliśmy szukać Rynku i Sukiennic
i nawet znaleźliśmy ;-)
i taki unreal. Chodziliśmy sobie, wcelowaliśmy zresztą prosto w hejnał, potem kawa w Coffee Heaven i szukanie na właśnie zakupionej mapie, którędy do auta ;-) Było dwa kroki, strasznymi zakosami na ten rynek lecieliśmy ;-))
A potem to już Ktosiek jechał, a mnie się z tego tak błogo zrobiło, że zasnęłam ;-)
Tuż przed Zakopanem obudził mnie i grzecznie zapytał, co teraz. A ja - rychło w czas ;P - panika, że ja w życiu i przenigdy nie jechałam na głupa, bez rezerwowania noclegu. K się spojrzał na mnie z tym swoim wyrozumiałym uśmieszkiem (czasem mam wrażenie, że to jednak on jest starszy ode mnie ;-))) i stwierdził, że on tak nagminnie jeździł :-)
I było ok, w drugim zaraz miejscu dostaliśmy pokój trzyosobowy płacąc za nas dwoje, w cenie było śniadanie, pokój był fajny - kolejny etap odhaczony, nadal bez wtopy. Zdziwionam
A my poszliśmy sobie połazić po Zakopanem. Młody z zaskoczonym uśmiechem, ja też .. szczęśliwa. Że to się dzieje, że jestem tu z nim, że ogarniam, że jest tak dobrze i tak normalnie.
Poszliśmy sobie na dobre żarełko, potem wróciliśmy do pokoju i w trakcie bajki dla dzieci (nic nie było sensownego w tv do oglądania ;P) padliśmy jak te neptki ;-)
I w sobotę przed 10 już brałam od obrażonego księcia małą.
Mała jak się dowiedziała, że koło 16 wyjeżdżamy - zalała się łzami. I to był najgorszy moment całego wyjazdu. Jakoś tam dała się uspokoić, poturlaliśmy się nieśpiesznie Krupówkami w stronę Gubałówki, wjechaliśmy kolejką, posnuliśmy się luzacko.
Cały wyjazd taki był. Totalnie bez napinki, totalnie na luzie. Totalnie inaczej niż w innym życiu ... lepiej ...
Pogoda w odróżnieniu od piątku była masakryczna, z Gubałówki nie było widać miasta, w powietrzu unosiła się mikroskopijna mżawka. Takie blech klasyczne. Plan był, ze koło 14 pójdziemy na obiad, wylądowaliśmy na nim w końcu o 13. Mała dostała prawo decyzji, więc wylądowaliśmy na pizzy, całkiem niezła była ;-) No a potem ruszyliśmy w kolejne miejsce ;-) Kierował Ktosiek, ja jakoś nasycenie osiągnęłam ;-) I dobrze, bo były takie sobie warunki, i korek zaliczyliśmy, i zaskakujące pasma mgły momentami tak gęstej, że nie było widać, co jedzie z naprzeciwka. Mała dawała żyć, zaskoczona, jak mamunia się do jej podróżowania przygotowała - kocyk, poduszeczka, koniś (;P), mp4, rysowanki. Żarełko tez było ;-)
I jak już wyjechaliśmy z Zakopanego uwierzyłam, że do Sis jedziemy ;-)))) I zadzwoniłam, kazała za Wisłą dzwonić po dalsze wskazówki. I tu się poskarżę. Że sobie podśmiechujki ze mnie towarzystwo urządziło, kolektywnie ustalili, że mam do rzeczki nie skakać. Ale nie z troski. O mnie przynajmniej. Nieee. Kasieńka się troszczyła o tartak, który bym swem tłuszczem zapchała. A Ktosiek stwierdził, że nie mam co skakać, bo za płytko. No i taaak się towarzystwo ucieszyło, że hej ;P
ech
no i przejeżdżamy Wisłę (rzuciłam tylko złym spojrzeniem ;P) - dzwonię po dalsze wskazówki. Tu w lewo, na rondzie w prawo, potem przy czymś tam w lewo i jeszcze raz w lewo.
Za dużo informacji. Powtórzyłam tylko lewo-prawo-lewo-lewo i jedziemy.
Rondo ogarnęłam a potem już nie. Ale jakimś cudem trafiliśmy. Tylko przed bramą robiliśmy trzy nawrotki, młody chyba miał za dużo adrenaliny i ignorował nawet lecącego w naszą stronę A ;-)
Rondo ogarnęłam a potem już nie. Ale jakimś cudem trafiliśmy. Tylko przed bramą robiliśmy trzy nawrotki, młody chyba miał za dużo adrenaliny i ignorował nawet lecącego w naszą stronę A ;-)
A potem to już cudnie było, siostrzyczkowe miejsce na ziemi - cudne, domek takoż, no a Miśka - mała mogła ją łyżkami jeść ;-))))
koteczki jak to koteczki - chodziły swoimi drogami. No Matylda dostrzegła naszą obecność, dała się pogłaskać, nawet pobiadoliła trochę, że chata taka pełna ;-)
W niedzielę pogoda była cudna, nawet chwilę się dało na dworzu posiedzieć - a potem pojechaliśmy wszyscy do Krakowa. Czegoś - ekhem, ekhem - panie prowadziły ;-)
i dziś przerwę, bo mnie dziecię moje, chore ponoć, zje zaraz ;-)
pograć dziecię chciało z mamunią ;-)
niedziela, 12 stycznia 2014
PRZESZŁOŚĆ
Przedświąteczny piątek, ja - tradycyjnie - plan maximum
zakupy na maksa ;-)
w ikei o 20 regalik dla małej
o 21 docieramy z Ktośkiem do selgrosa
regał z książkami
a ja jak książki zobaczę to wiadomo - przepadam ;-)
biorę do ręki kolejną
zapis bloga - wspomnień faceta rozwodzącego się, walczącego o swoje dzieci
opisy - zrobiło mi się niedobrze
wyparcie też było w sumie reakcją oczywistą, która kobieta uwierzy, że matka tak może traktować własne dzieci???? Reakcja banalna do bólu, matki TAK i gorzej swoje dzieci traktują
poniekąd mogę coś takiego obserwować, niefajne
ale wracając do tematu
męskie spojrzenie na rozwód z dziećmi w tle
blog, więc unikajmy imion
matka dzieci nazywana Przeszłością
to chyba właśnie ta błoga prostota spojrzenia na pewne kwestie przez testosteronowe szkiełka
zastanawiam się czemu mężczyźni potrafią tak grubą kreską ....
to nawet nie to
bo miałam napisać, że takie płynne przejście od miłości do nienawiści, przekreślenie kogoś i upchnięcie go w kategorię "przeszłość". Przecież u mnie też tak było
pewnie zbyt wiele razy powiedziałam "nienawidzę Cię"
przy pierwszym trzeba było spierniczyć ;P
aaaa, sąsiad podkablował
no tak, czasem wcale niedobrze mieć sąsiada
z mojego punktu widzenia oczywiście ;PPPP
ale
to jest ten mój kobiecy, nadto analizujący punkt widzenia
nie, ojca mojego dziecka nie nazywam Przeszłością
on wpycha się w moją teraźniejszość buciorami
nie daje się wypchnąć poza mój świat
nadal próbuje mieszać w moim życiu
ostatnio rozmawiałam z Ktoskiem, że gdyby ten mój Ktosiek nie był takim spokojnym facetem, to już dawno poszedłby ode mnie
i pewnie o to grubemu chodzi
taka ulepszona wersja psa ogrodnika
wykurzyć wszystkich z mojej okolicy
myślę, że nie traci nadziei, że kiedyś przyjdę żebrać do niego o pomoc, o kasę, o .. wolę nie myśleć co on tam jeszcze wymyślił
a on - świetlaną przyszłość stara się sobie kołować
mistrz tworzenia pozorów
wyremontowane za ciężką kasę mieszkanie, pszczółka, która utrzymuje się już czas jakiś, bo na imprezie jego urodzinowej w październiku już była - i nadal jest
musi chłopię pokazać, że to on tu wygrał
tylko czegoś chłopię nie łapie
i tym swoim małym rozumkiem nigdy tego nie pojmie i nie uwierzy
ja nic nikomu nie muszę pokazywać ani udowadniać
bo ja - tu i teraz, z małą wtulającą się we mnie, szczęśliwą
z moim niesamowitym koto-psem
w moim małym, malutenieńkim mieszkanku
z Ktoskiem u boku
JESTEM szczęśliwa
nie na zasadzie wygrania zawodów
tak po prostu
i - oczywiście (się lubi "ale" ;PPP)
nie jest to szczęście perfekcyjne - bo w życiu przecież ważne jest dążenie do doskonałości
ale wiem, że to dobry kierunek ruchu
wiem, że dobrych kilka decyzji za mną
boję się, tych co przede mną
ale czasem
czasem!!!
wydaje mi się, że jednak nie utonę
i że jeszcze będzie zajebiście
sobota, 28 grudnia 2013
finałowe odliczanie
kolejny rok się kończy
wiem, powtarzam się, ale - jaka w tym magia???
w tej wyraźnej kresce?
w tej euforii, odliczaniu od 10 i sztucznych ogniach??
i - do czego nam to potrzebne??
do postanowień noworocznych?
które z definicji nie są realizowane przecież ;-)
czy do nadziei na nowy początek, nowe szanse?
nowe początki nie mają nic do pierwszego stycznia przecież, ot, jeden z wielu dni wolnych (które nie wszyscy mile wspominają, bo kac i takie tam ;-)))
zapytałam córki, która mi tu żurawia zapuściła i już wstęp przeczytała, jak myśli, jaka jest odpowiedź
wzięła głęboki oddech, zastanowiła się i odpowiedziała - żeby się poprawić?
każdy potrzebuje kolejnej szansy?
fajniej by w życiu było, gdyby można było się cofnąć do rozdroża i jednak pójść inną drogą?
bezkarnością trąci, brakiem odpowiedzialności za czyny ...
może każdy (myślący ;-)) człowiek zmęczony jest czasem koniecznością ponoszenia odpowiedzialności za swoje czyny. Bo nie zawsze to spijanie śmietanki jest przecież
czasem takie klasyczne - tego chciałam
tego chciałam i właśnie to dostałam, ziściło się, teraz - zgodnie z przewidywaniami przecież - boli. Nie jest fajnie.
ale czasem bywa na odwrót
boli sama decyzja
zbieramy się do niej, dojrzewamy, przecinamy niczym wrzód
a potem zaskoczenie
bo jest idealnie
dokładnie tak jak być powinno
choć skracam to nadmiernie, bo przecież czasem do decyzji dojrzewamy latami
albo musimy się zdecydować szybko, boli sama konieczność podjęcia, wyboru, szamoczemy się
chcielibyśmy wiedzieć, że nasza decyzja będzie słuszna, że ułoży się wszystko - dobrze
życie nie daje takiej gwarancji
więc może ten 1 stycznia to takie nasze tere fere do życia?
robisz nam na złość, na opak, więc my, tu i teraz decydujemy się na zaczęcie wszystkiego - czy tylko TEGO JEDNEGO - po naszemu
czwartek, 26 grudnia 2013
banał
Banalnie tylko można zacząć po 10 miesiącach przerwy ;-)
Choć czy to banał, że o tym, iż to już 10 miesięcy dowiaduję się z bloga Siostry mojej netowej?
Ba!!
choć to już nie banał, ale dobrze, że w ulubionych mam jej bloga, to choć swojego odnalazłam ;-)
I - miła ma, dobrze, że mnie lubisz i masz mojego zaniedbanego bloga w swoich do czytania ;-))))
ot taki tam znak czasów ;-)
w kwestii codzienności - umknęło mi 10 miesięcy życia
pewnie ważnych
nie spętane w literkach pozostawiły po sobie świadomość, że przeminęły
z wiatrem, z pędem czasu, z moim gonieniem za ogonem
jestem uzależniona od dziennika, niestety, w dobie brakuje mi kilku godzin
w weekendzie - choć jednego dnia więcej
no i przydałby się jakiś wolny dzień w środku tygodnia, no ewidentnie
ale - to już było
dobrze, że choć zdjęć trochę przypomni mi, że ten rok w ogóle był ;P
(dobrze, że teraz zdjęcia można telefonem robić, jakieś plusy "te czasy" mają ;P)
i znowu koniec roku
mamie próbowałam siąknąć nosem, że taki straszny był ten rok
może nie zbeształa - naprostowała
że błądzę, durna ja
bo nie był zły
tak strasznie ;-)
bo - miło w sumie, że nie mam tętniaka w mózgu, na mózgu, czy gdzie tam one się sadowią -
pod czaszką ;-)
bo - mała przestała się bać dentysty
dopóki nie zobaczyła, jak mamusi zębów perełki piaskują, hmmmm
bo - jeszcze nie utonęłam finansowo (nie wiem, jakim cudem ;P)
bo - usłyszeć, że jest się najinteligentniejszym z całkiem sporej grupy ludzi to w sumie na plus też zaliczyć muszę ;-)
póki byłam z księciem to on był tym idealnym, najmądrzejszym też przecież
po czym - Ktoś zaczął mi pokazywać, że jakby nie do końca tak jest
że jestem mądra
i mam duuuuużo innych zalet, które już oczywiście pozapominałam, choć swego czasu wymieniał ich naprawdę dużo ;-) Ostatnio chyba mniej tych moich pozytywów dostrzega, ale pazerna być nie powinnam - wieść gminna niesie, że zalety jednak posiadam ;-)
coś mi ostatnio mówił o mózgu mem, ale - zapomniałam
w każdym razie jawiłam się kimś niezwykłym nieledwie ;-)
no ma ten mój Ktoś ten dar, że potrafi mi takie rzeczy wmówić ;-)
i - wracając do inteligentnych "bo" - nie płakałam już w tym roku przez księcia
generalnie zdałam sobie sprawę, że płakałam po odejściu raz tylko, kiedy wyszedł kolejny babol, jaki z pełną frajdą mi podrzucił
uświadomiłam sobie to oczywiście w trakcie prostych gospodarskich czynności, które dobrze mi zawsze na myślenie robiły ;-)
Wręcz bardzo dobrze, bo w następnej sekundzie przypomniałam sobie te wszystkie razy, kiedy płakałam jako mężatka - z bezsilności, z kolejnego razu zaliczonego totalnie wepchnięta w ścianę
nie jestem orędowniczką rozwodów
choć ostatnio koleżanka próbowała mi coś takiego zarzucić
wiem, że małej ciężko jest w tym wszystkim
rozwód to totalnie indywidualna sprawa
choć znów przeczytałam wpis kogoś, kto znacznie dłużej ode mnie powinien po rozwodzie być
a nie jest
choć uważam, że zbyt często nie decydujemy się na rozwód ze zwykłego zasiedzenia i wygodnictwa
ale to jest moje spojrzenie - z drugiej już strony
kiedy mam już za sobą - zbyt długą - walkę o związek, małżeństwo
w końcu o własną godność
i szczęście małej
z perspektywy trzech lat, mało fajnych, trudnych, kiedy jestem w sumie totalnie na dorobku, kiedy straciłam zbyt dużo materialnych i niematerialnych rzeczy, wiem, że ten konkretny związek, ta konkretna historia happy endu mieć nie mogła
co nie znaczy, że szczęścia sobie nie prorokuję
gdybym nie wierzyła, że szczęśliwa będę pewnie bym się już poddała
w ten czy inny sposób
wierzę
wierzę, że wiele jeszcze dobrych marzeń i planów się ziści, wierzę nieśmiało i z lękiem, ale - wierzyć muszę ;-)
a na razie - pogodziłam się z pewnymi niedogodnościami
ot, właśnie chyba całkiem nieświadomie zrobiłam w trąbkę księcia
założyłam, że w sylwestra z małej się tradycyjnie wykręci i - wobec faktu, że mała z Ktośkiem się całkiem polubili - zaplanowałam im Sylwestra we troje ;-)
w zasadzie nic do gadania nie mieli ;-)
więc - na 12 jesteśmy umówieni, że idziemy pod ratusz - nasz lokalny ratusz ;-) - oglądać sztuczne ognie
howk ;-D
(choć słyszałam, że pod stadionem mają być czaderskie jakieś, hmmmmmmm.... ;-)))))
niedziela, 27 stycznia 2013
wsłuchując się
w siebie przemieszczam się z dnia w dzień,
proszki odebrały mi wszelkie mocniejsze pozytywne i negatywne emocje
na dziś to pewnie lepiej, nie są mi one potrzebne
napawam się, że nie myślę, nie nakręcam się, nie boję
tylko to czekanie takie wkurzające, nie umiem i nie lubię czekać
a czekanie z zupełnym brakiem wiedzy co, kiedy, jak - bije wszelkie rekordy
choć może być i tak, że jeszcze za tym stanem zawieszenia zatęsknię, dziś pewnie ostatni taki dzień
sobota, 19 stycznia 2013
czasem ...
czasem dopada mnie zwątpienie
czy słusznie zrobiłam
czy nie mogłam zrobić więcej, żeby jednak te sznureczki pozostały związane
czy na pewno zrobiłam wszystko co zrobić można było, żeby moje dziecko było szczęśliwe
nie ma dziś małej, tęsknię za nią, najchętniej bym do niej zadzwoniła, ale wiem, że skończyłoby się to jej łzami. Potem, po telefonie - moimi
wiem, że ja sobie z nim nigdy bym nie poradziła
zawsze by po chwili spokoju znowu zajmował wszystkie chwilowo sobie odebrane terytoria
wiem, że postąpiłam słusznie, ale - dziś ta słuszność boli
po nasilający się ból głowy
taki jak za starych dobrych :P
reakcje powiązane, ale to jak kula śniegowa - na pewnym etapie nie do zatrzymania
wiem, że odchodząc od niego zrobiłam to też dla małej
wiem, że można powiedzieć, że odebrałam jej dzieciństwo
choć kiedy ktoś by mi to powiedział, gdybym to usłyszała ... bolałoby jeszcze bardziej
słów niewypowiedzianych domyślamy się, kiedy je słyszymy stają się ciałem
moja riposta, że teraz choć ojciec się nią zajmuje, że dopiero po moim odejściu angażuje się - nie ma sensu, moja rola była w tym, żeby potrafić nakłonić go do tego, kiedy był moim mężem
to, że Patryśka zyskała babcię, której przedtem praktycznie widywać nie mogła, a z którą teraz się chyba bardzo kocha - można skomentować tak samo
kiedy jestem tak radosna jak teraz myślę, że mogłam zrobić więcej
żeby teraz tak nie tęsknić za małą
Subskrybuj:
Posty (Atom)

